W filmach poruszają mnie sceny, w których ojciec przyjmuje syna albo błogosławi go, przeprasza, okazuje miłość itp. I chyba nic w tym dziwnego, chyba jestem pod tym względem całkiem zwyczajny.
Nie wstyd jest nie wiedzieć czegoś. Ale wstyd jest wtedy, gdy się nie chce nawet sprawdzić, jakie są rozmiary tej niewiedzy. Myślę tak chyba po to, by się lepiej poczuć, bo ja przecież tyle rzeczy sprawdzam.
W łóżku, z gorączką, z bólem brzucha myśli się trochę wolniej, ale jednak główka pracuje. I ja też zdołałem przy tym wypocić z siebie (dosłownie) kolejny wpis. O miłości oczywiście.
Może to żadna świeża myśl, ale warto ją przypominać: dzieci potrafią nauczyć dorosłych wielu rzeczy, na przykład wyjątkowo dobrze ilustrują to, jak nasz dorosły świat wygląda w oczach Ojca w niebie.
„Domator” kojarzy się z nudą. A ja chciałbym zwrócić mu honor, bo przecież dbałość o dom i rodzinę powinna być tym, co decyduje o zaufaniu do człowieka, do mężczyzny. Zanim stanie na piedestale.
Nie zamierzam rozwodzić się nad tym, jaki Fi. jest długi i jak wpycha sobie pięści do oczu – zupełnie jak tatuś, czyli ja. Opowiem raczej o tym, jak ja się czuję, będąc synem swego ojca.