Istnieją pewne grzechy, których nie zwykliśmy nazywać grzechem. Których zwykliśmy w ogóle nie nazywać, bo tak bardzo do nich przywykliśmy. Szczególnie, kiedy wychodzą od nas, albo od tych, których lubimy - przeciw tym, za którymi nie przepadamy.
Nadużywanie słów szkodzi. Szkodzi im samym, odbierając im ich ciężar gatunkowy i szkodzi nam, ponieważ zakłóca komunikację. Czasami wręcz ją uniemożliwia.
Apostoł Paweł stwierdził w Liście do Koryntian, iż zwiastowanie Ewangelii „w mądrości mowy” pozbawia krzyż Chrystusa mocy (1,17). Słowa te wykorzystuje się często jako młot na zwolenników racjonalnej, logicznej i elokwentnej prezentacji Ewangelii, przeciwstawiając naturalnym umiejętnościom człowieka ponadnaturalne działanie Ducha Świętego. Czy słusznie?
Często słyszymy w użyciu terminy: przekład dosłowny, przekład niedosłowny. To jest nieprawidłowe podejście do tematu, ponieważ przekład dosłowny jest w ogóle niemożliwy! Każdy przekład - jakikolwiek by on nie był - zawsze w jakimś stopniu będzie niedosłownym.
My ludzie posiadamy tę cechę, że mówimy. Dużo i mało. Głośno i cicho. Ładnie i brzydko. Mądrze i głupio. Sympatycznie i uszczypliwie. Z miłością i ze złością. Mówimy wesoło i poważnie. Mówimy całą prawdę i guzik prawdę. Tym, co wynosi człowieka ponad zwierzę, jest słowo. Ono też często strąca go poniżej zwierzęcia.